
Kolejną inicjatywą w ramach kolędy misyjnej, którą pragniemy polecić życzliwej uwadze, jest projekt „Ewangelizacja i formacja młodzieży” (nr KM/33/25) o wartości 5 770 dolarów. Realizuje go ks. Grzegorz Kozioł, posługujący w Parafii Chrystusa Króla w Santiago de Cuba, wspólnie z innymi misjonarzami pochodzącymi z diecezji tarnowskiej: ks. Mateuszem Opolskim i ks. Michałem Łukasikiem, a także z kapłanem diecezji toruńskiej ks. Adamem Czerwińskim. Dziś ich posługa nabiera szczególnego znaczenia, gdyż parafia zmaga się z dotkliwymi skutkami niedawnego huraganu. O aktualnej sytuacji na miejscu możemy przeczytać w poruszającym liście ks. Grzegorza oraz zobaczyć ją na zdjęciach, które przesłał z terenu misji.
Misja dla odważnych. List z Kuby
Kiedy słyszymy słowo misjonarz, wyobrażamy sobie kapłana, albo zakonnicę głoszącą Ewangelię. Kapłan chrzci, spowiada, udziela pierwszej Komunii Świętej, prowadzi katechezę i organizuje życie na parafii. Na Kubie misjonarz ma też inne zadania. Jest kucharzem, lekarzem, pielęgniarzem, farmaceutą, kierowcą, piekarzem i policjantem. Tak. Policjantem. Kiedy coś ukradną musi zabawić się w śledczego i niczym Ojciec Mateusz wykryć, kto z jego wspólnoty kradnie składkę z zakrystii, telefon zakrystiance, albo głośnik, który używamy na katechezie. Jako misjonarz jesteś wszystkim dla wszystkich. Nawet organista nie kupi zwykłych baterii do elektrycznych organów. Misjonarz musi to zrobić. Matka nie ma mleka dla niemowlęcia - dzwoni do misjonarza. Komuś zawalił się dom - dzwoni do misjonarza. Komuś skończyła się woda w domu - dzwoni do misjonarza. Ktoś nie ma jedzenia w domu - dzwoni po misjonarza. W ten sposób łatwo zauważyć, że często misjonarz nie ma zbyt wiele czasu dla siebie, a co gorsze, praca duszpasterska schodzi na drugi plan.
Podejście do życia na Kubie jest specyficzne. Pismo Święte mówi wyraźnie: Kto nie pracuje, ten niech nie je. Kubańczycy z powodu małych zarobków nie chcą pracować, czekają tylko, aż ktoś ich wspomoże. Państwo prawie nic nie produkuje, ani nie uprawia. 50% Kubańczyków nie pracuje w ogóle. Łatwiej jest im o coś prosić. Wszystko na tym się opiera - na pracy innych. Część otrzymuje pieniądze od rodziny ze Stanów Zjednoczonych. Taka rodzina pracuje tam nie tylko na siebie, ale utrzymuje tych, którzy zostali na Kubie i ciągle proszą o więcej. A jeśli tylko trafi się okazja, to wykorzystują obcokrajowców. Kubańczyk powie do Ciebie: daj mi coś zjeść. Dlaczego? Bo ty masz właśnie obiad i masz jedzenie, a ja nie. Podwieź mnie samochodem, bo masz samochód, a ja nie. Daj mi trochę benzyny, bo ty już sobie kupiłeś, a ja nie mam i potrzebuję. Daj mi trochę pieniędzy, bo ty masz, a ja nie. Daj mi swoją koszulę, albo buty, bo ty masz, a ja nie.
I tak funkcjonuje to państwo. Co gorsze, różnice między ubogimi, a nielicznymi bogatymi są coraz większe. Na Kubie pojawiły się nie tak dawno nowe, drogie samochody, a z drugiej strony większość osób nie wie, czy jutro będzie miała coś do zjedzenia.
Kuba już nie podąża w jakimkolwiek kierunku, ale dryfuje niczym łódź bez kapitana, bez steru, bez żagli, bez celu, gotowa zatonąć w każdej chwili i niczym na tonącym Tytaniku gra tu tylko muzyka - jedna z niewielu kubańskich rozrywek. Jednak pomimo rosnącej frustracji Kubańczyków, niewiele się dzieje, aby tę rzeczywistość w jakiś sposób zmienić. Każdy robi co może, żeby poprawić swój byt. Niejednokrotnie dzieje się to kosztem innych. Nikt nie robi nic, żeby zmienić sytuację w kraju. Najważniejsze jest, żeby dziś zdobyć coś do jedzenia. Kiedy miesiąc temu przez miasto jechała ciężarówka z mielonym mięsem pakowanym na sztuki po około 900 gram i przez przypadek część spadła na ulicę, ludzie rzucili się, aby je sobie zabrać, a potem wskakiwali na ciężarówkę i wszystko zabierali do domów.
Rząd nie przyznaje się do biedy. Mówi, że nie ma na Kubie żebraków, a ludzi grzebiących po śmietnikach i szukających jedzenia, nazywa nielegalnymi uczestnikami recyklingu.
Kryzys, który obecnie panuje na Kubie jest ogromny. Państwo w zasadzie nie funkcjonuje. Ogromne braki w dostawach prądu, który jest włączany na 3-4 godziny w ciągu doby, niedobór wody pitnej, ogromne opady, braki w dostawie chleba lub jego horrendalne ceny, braki lekarstw i ogromne ubóstwo, wydają się coraz bardziej ciążyć na barkach ludzi, ale też mocno utrudniają naszą pracę jako misjonarzy.
Ludzie, którzy przychodzą do kościoła są bardzo zmęczeni i psychicznie wyczerpani. Komary i gorące upały sprawiają, że w nocy trudno jest zasnąć. Opowiadała jedna kobieta, że w nocy prawie nie spała, bo musiała cały czas wachlować swoje kilkuletnie dziecko kawałkiem kartonu.
Ludzie, choć skrajnie wyczerpani i zmęczeni, wzajemnie sobie pomagają. Często jest tak, że w sąsiedztwie jedna rodzina gotuje ryż, inna jakieś mięsa, a jeszcze inna warzywa. I kiedy skończą ten posiłek przygotowywać, to wtedy wzajemnie się nawołują, żeby się między sobą wymienić tym, co przygotowali. Nie stać ich, żeby kupić coś więcej. Podobnie jest w szpitalach, gdzie pracujące pielęgniarki nie zawsze mają co zabrać do jedzenia, kiedy idą na dyżur. Więc jednego dnia, jedna dzieli się tym co ma, a kolejnego dnia następna.
Obecnie na Kubie dużo ludzi choruje. Główną przyczyną jest fatalny stan wody pitnej i wszechobecne komary, które przenoszą różne choroby. Ciągle brakuje lekarstw. Kiedyś w jednej wspólnocie zasłabła kobieta, która jest cukrzykiem. Okazało się, że pilnie potrzebowała cukru, więc kilka osób wyszło na zewnątrz, szukać po sąsiadach choć łyżki cukru. Niestety nigdzie nie znaleźli. Pomogło jej dopiero małe dziecko, które musiało oddać swojego lizaka. Kiedy go zjadła, poprawił się jej stan zdrowia.
Wciąż brakuje paliwa. Nawet kiedyś nas prosili o przewiezienie bułek z piekarni do sklepu, bo samochód, który miał to zrobić nie miał już benzyny. Zapewne została ukradziona.
Najtrudniejszym jednak doświadczeniem, które zmieniło krajobraz wschodniej Kuby był huragan Melissa. Od kilku dni śledziliśmy jego drogę w aplikacjach pogodowych na telefonie i portalach społecznościowych. Prognozy nie były dobre. Oko huraganu miało przejść przez Santiago, czyli tam, gdzie właśnie pracujemy. Prognozy wyraźnie wskazywały, że będzie to huragan piątej lub czwartej kategorii. Wszyscy mieli w pamięci huragan Sandy, który zdewastował Santiago de Kuba 13 lat temu. Teraz miało być o wiele gorzej. Liczyliśmy się z ogromnymi zniszczeniami, brakiem w dostawach prądu, brakiem wody, chorobami i utrudnieniami w poruszaniu się po mieście. Największe obawy były związane z plebanią. Została wybudowana zaledwie 7 lat temu i tak naprawdę nie miała okazji sprawdzić się przy tak silnym wietrze.
Kilkanaście godzin przed uderzeniem huraganu, który planowo miał nadejść z wtorku na środę około godziny 2.00 w nocy, zobaczyliśmy, że huragan lekko skręci i jego centrum będzie około 80 km od Santiago de Kuba. Złą wiadomością było jednak to, że przejdzie dokładnie przez wioski, do których jeździmy z posługą.
Wtorek 28 października był dla nas niezwykle stresujący. Nie do końca wiedzieliśmy co nas czeka. Cała noc była nieprzespana. Najpierw przyszedł mocny deszcz, a dopiero potem silny wiatr, który za oknem złowrogo gwizdał. Cały czas patrzyliśmy czy woda nie wdziera się do środka. Dopiero nad ranem znaleźliśmy kilka godzin na sen. Zaraz potem wyjechaliśmy do miasta, aby zobaczyć jak wielkie są zniszczenia. Pierwsze co zobaczyliśmy to drzewa, które leżały połamane i wyrwane z korzeniami na ulicach, woda, która w niektórych miejscach sięgała do około 50 cm i pozrywane niemal na każdej ulicy liny wysokiego napięcia. Długo nam zajęło odnalezienie drogi do centrum. Większość ulic było całkowicie nieprzejezdnych.
Jak się okazało, największe szkody w mieście powstały w wyniku zawalonych drzew. To one upadając, niszczyły linie elektryczne, domy, przystanki, sklepy. Wiedzieliśmy, że z tego powodu, prąd szybko nie wróci. Gdy piszę ten list, jesteśmy już dziesiąty dzień bez prądu. Codziennie musimy szukać miejsca, gdzie ktoś używa agregatu, żeby podładować nasze stacje prądotwórcze, które będą podtrzymywać niską temperaturę w lodówce i zamrażarce. Dzięki zakupowi większej ilości wody butelkowanej mamy co pić. Woda w kranie, nawet po ugotowaniu, nie nadaje się do picia.
W tym samym czasie, w mieście pojawiło się mnóstwo komarów. To one sieją największe spustoszenie, pojawia się wiele chorób, wśród nich najbardziej popularną jest chicongunia. Jej objawy mogą trwać od około dwóch tygodni do nawet trzech miesięcy. Przejawiają się wysoką gorączką, niemal całkowitym bezwładem w nogach, bólem głowy, stawów, całkowitym brakiem siły i nudnościami. Niestety my już ją przechodzimy drugi raz w ciągu miesiąca. Jak nam się wydaje, przechodzimy ją dość łagodnie. Największym objawem jest jedynie gorączka, bardzo słabe nogi i trudności w chodzeniu. Jednak ludzie, z powodu tej choroby, umierają. Nie tylko starsi ale i młodzi. Nie mają dużej odporności. Brakuje im witamin i lekarstw.
Cztery dni po przejściu huraganu pojechaliśmy na wioski, żeby zobaczyć jak wygląda sytuacja. Podczas drogi zobaczyliśmy, że zmienił się całkowicie krajobraz. Większość drzew zostało połamanych i mogliśmy widzieć wszystko, co znajdowało się o wiele dalej. Po około 20 km przebytej drogi pojawił się widok, którego się nie spodziewałem. Wcześniej wszystkie drzewa choć połamane były zielone, teraz zobaczyłem krajobraz pustynny. Wszystkie drzewa, łącznie z trawą i ziemią były rdzawo czerwone. To tak, jak byśmy przez kolejne 40 km zmienili porę roku. Najpierw wszystko jest zielone jak podczas naszego polskiego lata, a następnie pojawia się krajobraz bieszczadzkiej jesieni. Kolory zmieniły się jak po nałożeniu jakiegoś filtru na zdjęcia. Wiedzieliśmy, że przeszedł tam huragan, ale wszystko wyglądało, jakby przeszedł pożar. Trawa wyglądała jakby była wypalona, tak samo drzewa. Nigdzie na drzewach nie było liści, a jeśli jakieś zostały, to były całkiem wysuszone. Po drodze widzieliśmy resztki domów, większość bez dachów i bez ścian. Wokół nich porozrzucane rzeczy pozostawione w środku, a to wszystko zmieszane z gruzem, kawałkami cegieł, blachy dachowej i kawałkami drewna.
Nie było ludzi. Zawsze jest ich dużo na wioskach. Wszystkich ewakuowali. Pozostali jedynie Ci, którzy pilnowali tego co pozostało. Po około 40 km niezbyt szybkiej jazdy, dojechaliśmy do Chivirico. Takiego naszego centrum, gdzie jest największa wspólnota. I byliśmy zaskoczeni. Życie toczyło się jakby nigdy nic. Nawet nie było zbyt wielkich zniszczeń, tylko wiele połamanych drzew. Kamień spadł nam z serca.
Przez brak prądu i sieci telefonicznej, nie udało się nam skontaktować z nikim ze wspólnoty. Dlatego wyruszyliśmy dalej. Kolejne miasteczko, gdzie mamy swoją kaplicę także wydawało się być oszczędzone przez wiatr. Jadąc dalej widzieliśmy wiele samochodów ciężarowych i ludzi, którzy starali się usunąć skutki huraganu.
Udało nam się zrobić jeszcze 5 km i zobaczyliśmy, że już dalej nie da się jechać. Od około setnego kilometra od Santiago, droga została całkowicie zniszczona. Z jednej strony została tylko wysoka skalna ściana, z której odpadły potężne głazy, a z drugiej strony Morze Karaibskie. Drogi nie było.
Dziś mija już trzeci tydzień od tych wydarzeń. Część ulic nadal nie jest wysprzątanych, w niektórych częściach miasta wciąż brakuje prądu. Na ulicach leżą śmieci, a ludzie chorują. Z różnych krajów napływa pomoc. Dzięki temu możemy w miarę sprawnie pomóc tym, którzy utracili swoje domy. Wiele ludzi na wioskach cierpi głód, bo potracili swoje uprawy.
Potrzeba dużo modlitwy, aby nasi wierni nie utracili nadziei. Na pewno na pomoc rządu nie mają co liczyć. Najważniejsza i tak jest propaganda. Kiedy Stany Zjednoczone zaoferowały pomoc i chciały przysłać jedzenie, rząd kubański odmówił, a ludziom tłumaczł, że to jedzenie będzie zatrute, gdyż w ten sposób kapitaliści chcą wytruć Kubańczyków.
Nie wiemy jak rozwinie się sytuacja epidemiologiczna na Kubie. W wielu miejscach są już ogłoszone stany alarmowe. Lekarze nie chcą pracować w szpitalach, nie ma lekarstw, ani sprzętu. Jak ktoś jest w złym stanie, odsyłają go do domu, żeby tam umarł, bo sami nie chcą brać za nikogo odpowiedzialności.
Zanim przyszedł huragan, rząd ogłosił, że wojsko, przy ewentualnej ewakuacji ludności, będzie adaptować jaskinie, które są niedaleko naszych wiosek. Jest to, jak mówili, naturalny system ochronny. Kiedy ta informacja pojawiła się mediach społecznościowych, pierwszy komentarz brzmiał: „Słuchajcie, po tym cyklonie potrzebujemy, żeby Krzysztof Kolumb na nowo nas odkrył. Bo teraz naprawdę utkniemy w epoce dinozaurów. Jeszcze brakuje tylko, żeby nam powiedzieć, że zbudują dla nas Arkę Noego. Żyjemy jak aborygeni.” Tego jednak świat nie widzi. Tego doświadczają jedynie Kubańczycy i misjonarze. Może warto czasami zainteresować się tym, w jakich warunkach żyją inni?
Czasem my jako ludzie, uważamy, że już osiągnęliśmy wszystko, ale tak naprawdę jesteśmy mali. Wystarczy huragan czy epidemia i to pokazuje nam miejsce na ziemi i naszą niemoc wobec sił natury. Wiem jednak, że są dziedziny życia, gdzie tak bezsilni nie jesteśmy. Są to momenty, kiedy możemy pomóc innym. Można wspierać materialnie, albo duchowo. Kiedy zaczynamy się modlić, tym samym uruchamiamy Pana Boga. A on może już wszystko. W tym czasie zbliżania się do nowego roku liturgicznego pamiętajmy o modlitwie. Przede wszystkim za Kościół misyjny, aby pomimo tych wielkich trudności towarzyszył wytrwale tym, którzy nie mają już nic, nawet nadziei.
Ks. Grzegorz Kozioł
Kuba
Projekt ks. Grzegorza można wesprzeć poprzez ofiarę w czasie kolędy misyjnej lub przelewem na konto Dzieła Misyjnego Diecezji Tarnowskiej - (dane do przelewu).